Zawieja jak, nie przymierzając, na Sachalinie. Nie ma co, zima znowu zaskoczyła polskich… A zresztą nie ważne. W także pogodę nawet najwięksi miłośnicy kina zaszywają się w swoich namiotach, czy innych iglo i oglądają słoneczną stronę świata, która łagodnie spływa z ekranów ich telewizorów. Mnie taka wyprawa – zresztą niemalże jedynie słuszna w mojej ojczyźnie – nie pociąga. No cóż, na mnie już pora. Sam pojadę gdzie indziej…
Sympatia do rosyjskiej kultury zaprzęgnięta w mocne, solidne sanie z emocji i skojarzeń niech poniesie mnie przez zaspy kina
rosyjskiego. Zobaczymy dokąd dobrnę i czy nie wytrzęsie mnie ta podróż sentymentalna. Jadę więc! Byle do przodu, byle przed siebie…
Mróz z początku wcale nie doskwiera i tylko ta przestrzeń bezkresna. Smutno mi trochę i samotnie, ale to nic w porównaniu z tym, co przeszedłem oglądając
„Wygnanie” Zwiagincewa. Prosta to historia, banalna wręcz. Przepiękna przyroda i nieco odludna okolica są świadkami dramatu jaki rozgrywa się w zwyczajnej rodzinie, pomiędzy doświadczonymi małżonkami. Wchodzę w ten świat lekko senny. Panuje dziwna uspokajająca cisza i nic nie zapowiada burzy. Kompletnie nic. Lecz wzajemne niezrozumienie, setki banalnych słów, które pozwalają żyć obok siebie – ale nie z sobą – zaczynają cicho szeleścić w konarach drzew. Wichura wciąż nie musi się zdarzyć, ale się pojawia. Słowa: „to nie twoje dziecko” są jak grom, który ma za zadanie przebudzić męża, a obydwoje małżonków uwolnić z wygodnej skorupy ich codziennego, coraz bardziej osobnego życia. Eksperyment nie kończy się dobrze.
Dojmująca samotność tych ludzi dopiero teraz staje się dla mnie oczywista. Nie sposób jej ominąć, nie sposób jej zwyciężyć.
W „Wygnaniu” mówi się mało, zatrważająco mało. Choć chyba nie ma już o czym mówić. Katastrofy, jaka spotka ten związek i – w rezultacie – całą rodzinę, nie da się już uniknąć. Słowa bywają pojemne, ale nie są w stanie na nowo połączyć kobiety i mężczyzny, którzy stali się sobie obcy i przez długi czas nie próbowali walczyć o to, co wcześniej było między nimi. Zwiagincew doskonale rozumie, że nie sposób oddać tej historii w rozegzaltowanych dialogach, czy nawet wyważonych, lecz głębokich konwersacjach. Okazuje się, że obraz potrafi się „wysłowić” znakomicie. Szkoda, że nie rozumieją tego twórcy innych filmów, którzy – najwyraźniej nie licząc na wysiłek ze strony widza – uważają, że nie wypowiedziane równa się nie istniejące. Muszę ich zasmucić – wnioskując z szeregu niedomówień, gestów i obrazów stworzyłem własną historię tego, co zaszło między dwojgiem ludzi. Właśnie ją opowiadam i wiem, że nie jest to jedyna wersja wydarzeń. To chyba nawet lepiej…
I jeszcze jedno: wydaje mi się, że widywałem już podobne historie. Zwiagincew bywa porównywany do Tarkowskiego, lecz ja wyczuwam w tym także kino Kieślowskiego. Wokół bohaterów snuje się zwyczajne życie, czasem trochę mdłe, lecz raczej metafizyczne. W tym wypadku głęboko zanurzone w oparach samotności.
Sanie mkną przed siebie i chyba nic już ich nie zatrzyma. Mijam kolejne chutory, drogi się łączą i giną nie wiadomo gdzie. Kolejne rozstaje… To zadziwiające, ale losy ludzi bywają jeszcze bardziej poplątane, zwłaszcza gdy skrzyżują się z tak zwaną „wielką historią”. Przykładem niech będzie film Andrieja Krawczuka
„Admirał”. Opowieść o Aleksandrze Kołczaku, który w wojnie domowej lat 1918-1920 w Rosji był jednym z przywódców „białej armii” nie jest i nie może być prosta. Sceny batalistyczne i doniosłe wydarzenia historyczne, dziś zapisane w podręcznikach szkolnych, nie pochłonęły mnie całkiem. Przyznam się, że najciekawsze był prawdziwy koniec tej historii. Uściślijmy: śmierć Kołczaka, rozstrzelanego przez bolszewików to – według mnie – dopiero początek. On bowiem determinuje dalsze losy wielkiej miłości admirała – Anny Wasiliewny Timiriowej. Dwa zdania na koniec filmu, mówiące o etykietce „wroga ludu” i jej dalszym życiu gdzieś na obrzeżach ZSRR, to mało, ale wystarczy by snuć dalsze domysły.
„Wielka” historia bywa okrutna. Wkracza na moment w czyjeś
„małe” życie i wywraca wszystko do góry nogami, przestawia ludzkie marzenia, zmienia akcenty dotychczasowej rzeczywistości. Podobny los spotkał bliskich pułkownika Kotowa, bohatera
„Spalonych słońcem” w reżyserii Nikity Michałkowa.
W kinematografii rosyjskiej (radzieckiej) istnieje mnóstwo opowieści o tym, jak historia zmieniła ludzkie losy. Dlaczego więc „Admirał” i „Spaleni słońcem”? Nie wiem, ale chyba bardziej po co, niż dlaczego. Otóż po to, by choć na chwilę pomyśleć o dalszych losach ludzi wplątanych w doniosłe wydarzenia dziejowe. Ich życie staje się później mniej płynne, z reguły bardziej oczywiste i wyciszone. Robią się szarzy, rozpływają się, umykają nam. Chciałbym zobaczyć choć jedną historię, która zaczyna się gdy zwyczajne filmy o kluczowych momentach historycznych dobiegają końca. Chciałbym ujrzeć dalsze losy naznaczonych „wielką” historią. Dlaczego? Bo to otrzeźwia, przypomina o własnej nicości i uczy pokory. Piętna, które mają wypalone na swych czołach muszą wciąż ich parzyć.
Filmy Krawczuka i Michałkowa przywołuję w kontekście jeszcze jednego skojarzenia. To trudne historie o skomplikowanej
przeszłości narodu/ów. Rozmyślania o rzeczach minionych tworzą tożsamość, najpierw jednak trzeba sobie z nimi poradzić, przetrawić je. Z zaciekawieniem obserwują jak ten proces przebiega w Rosji, kraju, który – w zeszłym stuleciu – bardzo brutalnie obszedł się ze swoimi obywatelami. Sztuka pełni tu oczyszczającą rolę i pomaga uporać się z demonami historii. Niestety, nie chroni przed bólem, jaki zawsze towarzyszy rozjątrzaniu starych ran.
Moje sanie niemalże unoszą się nad zaśnieżonymi połaciami ziemi. Przyspieszam, wciąż przyspieszam. Wszystko wiruje, rozpływa się, błyszczy. Kątem oka dostrzegam, że pędzę po piasku.
„Białe słońce pustyni” łaskocze mnie swoją
egzotyką i – o dziwo – problemem równouprawnienia kobiet. Zaśmiewam się cicho i …znów mknę po zimowym pyle. Razem ze mną
„Świat się śmieje”. Jazzowe synkopy dźwięczą jak dzwoneczki u sań. Daję się im przekonać i wpadam w ekstazę. Czy
radość to nie muzyka, plaże Morza Czarnego i proste życie wiejskiego pastucha? Dalej, dalej, wciąż dalej. Cóż za
„Ironia losu”, że tkwię właśnie tutaj! Przecież mogłem się pomylić i zabrnąć gdzie indziej. Ta sama ulica, ten sam dom, lecz miasto inne. Wszystko jak ze snu, tylko
miłość prawdziwa. Choć może lepiej, że to się nie zdarzyło. Pewnie w miłosnych podbojach nie sprawiłbym się lepiej, niż bohater
„Biurowego romansu”. Podobno liczy się efekt, ale gdzieś w głowie tłucze się myśl, że byłbym jeszcze bardziej żałosny i …
szczęśliwy! Kątem oka dostrzegam inne światy, pulsują we mnie odmienne uczucia. Wreszcie! Wiem! Nie pędzę gdzieś, ale po coś! Wokół jak w amoku tańczą brzozy i
„Kalina czerwona”. Chciałbym się do nich przytulić i z całych sił – niczym Jegor Prokudin – krzyknąć: czy istnieje
prazdnik!? Gdzie jest to święto!? Jaki jest
sens życia!?!
Na horyzoncie śnieżnego morza majaczy jakaś znajoma okolica. Zaraz, zaraz… Przecież to mój dom! Więc po to te całe wojaże? Jak to po co? Warto wyjechać choć na chwilę, żeby wrócić i znów zobaczyć swoich bliskich. Ukradkiem ocieram łzę i wspominam los bohatera filmu
„Ballada o żołnierzu”. Na progu stoi moja
mama i mówi, że nie powinienem się włóczyć w taką zamieć i zbyt mało czasu spędzam z rodziną. A jutro przecież znów wyjeżdżam. Znowu studiować tę swoją rusycystykę…
Nie wiem, czy jutro dotrę gdziekolwiek. Emocje i skojarzenia nagle wyparowały. Zasypało wszystkie drogi. Ach te uroki życia w polskiej
głubince. I jeszcze jedno: czy ktoś wie co się stało z drogowcami?
10 stycznia 2010 r.