Wyjazd na Ukrainę planowałem od roku, ale starannie przygotowywać się zacząłem dopiero wiosną tego roku. Głównie szperałem w internecie, jedynie po mapy pojechałem do Krakowa. Wiele cennych rad przekazała mi Monika, której maila znalazłem w jakimś górskim serwisie i z którą korespondowałem przed wyjazdem.
Wyjazd na Ukrainę planowałem od roku, ale starannie przygotowywać się zacząłem dopiero wiosną tego roku. Głównie szperałem w internecie, jedynie po mapy pojechałem do Krakowa. Wiele cennych rad przekazała mi Monika, której maila znalazłem w jakimś górskim serwisie i z którą korespondowałem przed wyjazdem. To ona w pewnym sensie przekonała mnie że nie ma się czego obawiać i trzeba tam pojechać, za co jej serdecznie dziękuje. Planowałem Gorgany ale wypadło na Połoninę Borżawa. Zaraz okazało się że nie mamy dokładnej mapy tego rejonu, jedyną, którą mieliśmy, była mapa przeglądowa Rusi Zakarpackiej 1:300 tys. Super. Monika miała zdobyć lepszą, ona też jechała na tą połoninę. Jeszcze przed wyjazdem życzyliśmy sobie spotkać się gdzieś na połoninie. Pociąg Katowice - Zagórz dalej Zagórz - Chyrów. Na katowickim dworcu, okazało się że jest nas sześcioro. Myślałem, że jeszcze się ktoś po drodze zdecyduje, tym samym pociągiem jechała grupa znajomych z klubu na rajd po Beskidzie Niskim. Nikt nie dał się przekonać. W pociągu był dziki tłum, wszyscy jechali w Bieszczady na długi weekend, niektórzy na Ukrainę. Mieliśmy 2 godziny opóźnienia i zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że nie zdążymy na przesiadkę. W Sanoku konduktor poradził przesiąść się na osobowy, miał być szybciej niż pospieszny! I był :) Granicę przekraczaliśmy w Krościenku, na szczęście odprawa nie trwała długo. W Chyrowie byliśmy przed południem, zaraz mieliśmy połączenie do Sambora. Zdążyliśmy tylko wymienić walutę i kupić bilety bo już podstawiła się elektriczka do Sambora. Wsiedliśmy. Po wejściu do środka doznaliśmy szoku. Nasz pierwszy ukraiński środek lokomocji. Tutaj wiadomości zebrane w internecie okazały się prawdziwe. Stan taboru kolejowego jest daleko w tyle za nami, okna jak są zamknięte na stałe, jak są otwarte to też na stałe :-) Każdy wagon ma swojego opiekuna w postaci konduktora lub konduktorki. Pilnują porządku i sprzedają bilety. Zaskakujący jest stoicki spokój podróżujących ukraińców. Nikt nie narzeka, że pociąg się wlecze, że warunki podróży są...jakie są, chyba zdążyli się już przyzwyczaić.
W Samborze mieliśmy godzinę na przesiadkę do Stryja. Zrobiliśmy zakupy i podziwialiśmy tabor autobusowy ukraińskiego PKSu. Poznaliśmy też dwóch Polaków w średnim wieku, razem pojechaliśmy do Stryja. Oni również jechali na Borżawę, tylko będą szli od przeciwnej strony niż my. Pewnie się jeszcze spotkamy. Nasz pociąg był bardziej komfortowy od poprzedniego, a drewniane ławki były całkiem wygodne. W Stryju nie mieliśmy żadnego połączenia do Wołowca. Pani w kasie zaproponowała dojazd do Niżne Worota! Gdzie to?...niedaleko Wołowca...jedziemy. Kupiliśmy bilety, bo zaraz odjazd, nie tak zaraz, właśnie zmieniają koło. Czekaliśmy jakieś 40 minut zanim wyruszyliśmy. Cztery godziny, 107 km w zatłoczonym autobusie. Wysiedliśmy, kazano nam czekać na autobus do Wołowca, ale nikt nie potrafił powiedzień kiedy i czy w ogóle pojedzie...czekaliśmy. W międzyczasie zawieraliśmy znajomość z lekko wstawionym ukraińcem Miszą. W końcu coś przyjechało, coś co...było chyba sanitarką, kilkadziesiąt lat wcześniej. W drodze dowiedzieliśmy się, że na Stohu nie ma już kopułek radarowych, zniszczył je wicher. Szkoda, to miała być główna atrakcja na połoninie. Sobota, wieczór, Wołowiec. Zrobiliśmy zakupy i rozbiliśmy się w lesie przy strumyku. Po 24 godzinach bez snu w końcu mogliśmy się położyć. Nasza pierwsza noc w byłym ZSSR...
W nocy coś pogryzło plecak Kasi i dobrało się do jej czekolady. Wyruszyliśmy około południa bo czekaliśmy na dwoje naszych, którzy poszli po chleb do miasta. Zaczęliśmy podchodzenie na Płaj (1334 m n.p.m.). Z początku ścieżka była wyraźna...potem już nie. Samo podejście miało chyba kilometr różnicy poziomu. Jakiś samotny turysta wrzeszczał coś do nas. Po chwili zrozumieliśmy o co mu chodzi , podeszliśmy wyżej i zobaczyliśmy główne pasmo Borżawy. Okazało się, że idziemy dokładnie w przeciwną stronę, niż powinniśmy. W ten sposób Bartek i Kasia zaliczyli Tomnatyk (1434 m n.p.m.). Wiedziałem, należało skręcić tam, gdzie było bardziej pod gorę. Dotarliśmy na Płaj. Jest tam stacja przekaźnikowa oraz meteorologiczna. Spotkaliśmy ukraińskich turystów, podarowaliśmy im naszą mapę Bieszczad Wschodnich a oni nam mleko w puszce. Pan ze stacji zaprosił nas do środka i zaproponował nocleg. Skorzystaliśmy. Nie mogliśmy odmówić sobie gorącego prysznica. Wodę grzały rosyjskie machiny piekielne, bo już po kilkunastu sekundach woda była gorąca. Poza tym była kuchnia, stół do tenisa i bilard. Co prawda bile przypominały wielkością pomarańcze a sama gra polegała na wbiciu którejkolwiek bili, którąkolwiek bilą, po czym wbita bila spadała na ziemię :-) Zostaliśmy też zapoznani z wszelakimi urządzeniami do pomiarów meterologicznych, były chyba z lat sześćdziesiątych ale jeszcze działały. Tego dnia ja, Darek i Paula zdobyliśmy jeszcze Wielki Wierch (1598m n.p.m.) a Kasia z Bartkiem i Michałem przygotowywali nam obiadek i uczyli się nowych zasad bilarda. Wieczorem oglądaliśmy rewelacyjny zachód słońca... Nazajutrz śniadanie, sesja zdjęciowa z obsługą stacji i w drogę. Cały czas potwornie grzało, na niebie ani jednej chmurki, temperatura około +25 stopni. Strasznie się spiekliśmy. Około godz.15 dotarliśmy na Stoh - najwyższy szczyt na trasie naszej wycieczki. Niestety po kopułkach ani śladu. Na szczycie porozrzucane kawałki złomu, jakieś beczki i niesamowity widok na całą połoninę Borżawa. Wszędzie dookoła góry, widać też było pierwsze ośnieżone Gorgany.
Zeszliśmy niżej, rozbiliśmy obóz na połoninie, gdzieś za Wielkim Wierchem. Oczywiście brakło nam wody i musieliśmy gotować śnieg. Rankiem podczas śniadania spostrzegliśmy turystów schodzących ze Stoha, kierowali się w naszą stronę. To była ekipa Moniki, wreszcie się poznaliśmy. Po chwili z drugiej strony przyszli dwaj Polacy z pociągu do Stryja. Zdziwili się, że my dopiero tutaj...a dokąd mamy się spieszyć i po co.... czas nam płynął w innym tempie... Ruszyliśmy, cały dzień w potwornym upale, przez ogromną połoninę. Szlak wyznaczała wyraźna ścieżka, ciągnąca się wzdłuż całego pasma. Chcieliśmy dostać się do Miżgirii ale rozbiliśmy się nad wsią Lozańskie. Ekipa Moniki troszkę niżej. Postanowiliśmy, że razem z Kasią i Darkiem zejdziemy do nich na zapoznanie. Zeszliśmy. Zauważyliśmy ich ognisko i troszeczkę zabawiliśmy, po czym ledwo trafiliśmy na górę do obozu. To był nasz ostatni nocleg w górach.
Następnego dnia rano, po obozie Polaków nie było już śladu. Poszliśmy do Miżgirii, stamtąd taksówką dojechaliśmy do Wołowca gdzie zrobiliśmy jeszcze ognisko z napotkaną kolejną grupą Polaków. W nocy mieliśmy pociąg do Lwowa. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy pani w kasie powiedziała że nie ma już biletów na tej stacji! Za wejście do pociągu trzeba było dać łapówkę. To był już koniec wycieczki, którą uważam za bardzo udaną. Pogoda była przez cały czas wspaniała, troszkę się spaliliśmy na słońcu...trzeba będzie pomyśleć nad kolejnym wypadem na Ukrainę...może jeszcze tego lata...jeszcze raz. Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego artykułu... |